Rodzinka na weselu, cz. 1 – Przed ślubem

Nigdy nie przepadałem za rodzinnymi imprezami, które mają to do siebie, że są nudne jak flaki z olejem, a do tego zbierają się na nich osoby, których człowiek nawet porządnie nie zna. Nazywam się Wojtek Łobacz, mam 16 lat i – niestety – uczestnictwo w jednej z takich imprez stało się dla mnie koniecznością, gdy tylko gruchnęła wieść, że ciotka Emila wychodzi wreszcie za mąż. „Wreszcie”, bo miała już 31 lat i wszyscy od dawna gadali, że już najwyższa pora, aby znalazła sobie kogoś na stałe i się ustatkowała, a nie tak jak dotychczas – „trwoniła” życie na hulankach i zabawie. Mnie te sprawy prawdę mówiąc niewiele interesowały, bo ciotkę Emilę widziałem wcześniej może ze trzy, cztery razy w życiu, a to i tak będąc znacznie młodszym. Nie za bardzo pamiętałem nawet, jak dokładnie wygląda.
Moi rodzice oświadczyli oczywiście, że musimy obowiązkowo pojawić się nie tylko na ślubie, ale i na weselu. Na samą myśl o długiej drodze do miejscowości rodzinnej mojej matki, niewielkiego Lisowa, na ceremonię, a następnie siedzeniu przez cały dzień i noc na marnym wiejskim weselisku byłem lekko podłamany. Ale wiedziałem, że nie ma szans, abym zdołał się z udziału w całej imprezie jakoś wymigać. Wyjazd był zatem dla mnie przykrym obowiązkiem.
Ślub miał się odbyć w niedzielę o godzinie 13:00. Z naszego mieszkania w Szczecinie wyruszyliśmy już rano, bo ojciec obawiał się, czy jadąc prowincjonalnymi drogami damy radę dotrzeć na czas, wolał więc wyjechać odpowiednio wcześniej. Całą drogę z zażenowaniem myślałem o nadętych przywitaniach z rodziną i sztywnych pogawędkach przy stole, jakie zazwyczaj miały miejsce, ilekroć widywaliśmy się na urodzinach kogoś z wujostwa lub dziadków. Z tego, co było mi wiadomo, na ślubie obecna miała być przede wszystkim dosyć liczna rodzina mojej matki (będącej starszą siostrą panny młodej), tzn. Jarzębscy i ich powinowaci, a także jacyś pojedynczy znajomi cioci Emilii oraz trochę osób z Lisowca zaprzyjaźnionych z moim dziadkiem. Co do dziadka, Antoniego Jarzębskiego, to on właśnie organizował całą imprezę i pokrywał wszystkie koszty. Już wiele lat temu zapowiedział, iż jeśli jego najmłodsza, niepokorna córka wreszcie „sporządnieje” i postanowi wyjść za mąż, wówczas samodzielnie wszystko opłaci i zorganizuje. A cioci chyba i tak było wszystko jedno.
Podczas jazdy samochodem, widząc w lusterku moją nadąsaną minę, ojciec odwrócił głowę i zapytał mnie:
– Co jest, Wojtek? Nie cieszysz się, że będziesz mógł porozmawiać wreszcie z bratem? On też przyjeżdża na ślub i zostanie na weselu. Razem z Kają.
W odpowiedzi mruknąłem coś zdawkowo. Ani trochę nie cieszyłem się z perspektywy spotkania ze swoim bratem, Tadeuszem, mimo iż nie widziałem go od ponad roku. Tadek był ode mnie sporo starszy, miał na ten moment 26 lat i mieszkał w Warszawie razem ze swoją narzeczoną, Kają. Nigdy nie mieliśmy ze sobą zbyt wielu tematów do rozmowy. No bo o czym miałbym niby gadać z nim, zapalonym inżynierem, który po studiach na Politechnice Warszawskiej w zasadzie od razu odnalazł dobrze płatną fuchę w jakiejś wielkiej korporacji i jedyne, o czym stale myślał, to jego projekty z pracy? Był tak zapalony do tej swojej roboty, że nie wykazywał nawet specjalnego zainteresowania swoją piękną narzeczoną, a co dopiero młodszym o 12 lat bratem…
Kiedy przyjechaliśmy do Lisowa, akurat mijała 12:00, byliśmy zatem sporo przed czasem. Jednak mimo to, na parkingu przed kościołem, gdzie zaparkowaliśmy, stało już mnóstwo innych samochodów i kłębił się pokaźny tłum. Najwyraźniej nie tylko my mieliśmy złe zdanie na temat polskich dróg i inni również woleli przyjechać trochę wcześniej. Lecz tę pozostałą godzinę trzeba było jakoś zająć. Nie mając specjalnie ochoty na pakowanie się w sam środek kłębowiska krewniaków, z których wielu w ogóle nie kojarzyłem, stanąłem sobie z boku. Przez jakiś czas grzebałem trochę w komórce, po czym zacząłem wałęsać się po okolicach kościoła.
A był to gigantycznej wielkości obiekt, bardzo zabytkowy, pochodzący chyba jeszcze ze średniowiecza – tak jak wiele innych kościołów z tamtych czasów swoimi rozmiarami ani trochę nie przystający do takiej małej wioski jak Lisowo. Mieścił się na dość rozległym wzgórzu, otoczonym z tyłu przez las. Ponieważ akurat zachciało mi się załatwić, oddaliłem się od ludzi zebranych na parkingu i ruszyłem między drzewa. Nie spieszyło mi się, więc odszedłem naprawdę spory kawał i dopiero wówczas odlałem się pod jednym z drzew. Załatwiwszy potrzebę, chciałem już wracać, gdy nagle usłyszałem jakieś odgłosy, przytłumione przez wiatr szeleszczący pośród liści, ale jednak słyszalne. Udałem się w ich kierunku.
Niezidentyfikowane dźwięki doprowadziły mnie wyżej na wzgórze, za kościół – od strony, z której był tylko las, nikt zatem się tam zazwyczaj nie kręcił. W miarę, jak się przybliżałem, zacząłem rozpoznawać kobiecy głos. Gdy dostrzegłem wreszcie sylwetki dwóch osób, dosłownie opadła mi szczęka. W długiej białej sukni i równie bielutkim welonie, stojąc twarzą do muru kościoła, oparta rękami na zimnych cegłach, wypinała kształtny tyłeczek panna młoda we własnej osobie. To, kim była, z racji stroju stanowiło oczywistość już na pierwszy rzut oka. Zaraz za nią stał nieznany mi mężczyzna w garniturze i okularach przeciwsłonecznych, ze spodniami opuszczonymi poniżej kolan, pieprzący od tyłu ciocię Emilę z taką werwą i siłą, że ta aż z trudem łapała oddech, wciąż głośno pojękując. Żadne z nich nie zauważyło mojego przybycia. Wpatrzony w tę scenę jak zahipnotyzowany, postąpiłem naprzód kilka kroków i skryłem się za jednym z drzew, nie odrywając spojrzenia od intensywnie pieprzącej się parki. Myśli szalały mi w głowie, ale ignorowałem je wszystkie, zbyt skoncentrowany na tym, czemu się przyglądałem. Wysoki facet z bródką i ciemnymi okularami, który niczym niewyżyty ogier z całej siły pierdolił ciocię Emilę, z pewnością nie był panem młodym, bo z tamtym moi rodzice w tej właśnie chwili gaworzyli wesoło na parkingu. Sam nie wiem kiedy wsadziłem rękę do spodni i zacząłem sobie walić.
– Aaach! Oż kurwaaa!! – jęknęła ciocia i w tym samym momencie gość za nią pchnął po raz ostatni, głęboko, do samego końca, po czym pospiesznie wydobył kutasa na zewnątrz i trysnął obficie na jej obnażone soczyste pośladki.
Doszedłem w tym samym momencie, wytryskując wprost na dłoń trzymaną w spodniach. Wyciągnąłem ją i począłem ocierać o drzewo, by jakoś zmyć lepką maź z palców. W tym samym momencie coś trzasnęło mi pod nogami. Zaaferowany, spojrzałem w dół i dostrzegłem, że niechcący złamałem nogą leżącą na ziemi gałąź.
– Kto tam jest?! – rzucił odruchowo facet, który, na moje nieszczęście, także musiał usłyszeć dźwięk trzaskającego drewna.
Byłem na tyle blisko, że i tak nie miałem szans wymknąć się niepostrzeżenie. Dałem za wygraną i wyszedłem z ukrycia.
Widząc mnie, przerażona przed chwilą ciocia nieco się uspokoiła, aczkolwiek na jej twarzy nadal malowała się wyraźna obawa.
– A ty jesteś…? – zaczęła niepewnie, lecz wnet sobie uświadomiła. – Aa… syn Anety, prawda?
Pokiwałem głową. Stojąc tak przed nimi z prawą dłonią ubrudzoną resztkami własnej spermy i rozpiętym rozporkiem, nie mówiąc ani słowa, czułem się jak skończony kretyn.
– Pamiętaj, niczego tutaj nie widziałeś! – powiedziała ostrym tonem ciocia.
Dopiero teraz, z bliska, mogłem lepiej się jej przyjrzeć. Gdyby nie charakterystyczna suknia ślubna, pewnie bym jej nie rozpoznał, tak dawno temu ostatni raz ją widziałem. Z twarzy była trochę podobna do mojej mamy, z tą tylko różnicą, że nosek miała nie prosty, lecz leciutko zadarty do góry, a kształt brody nieco bardziej zaokrąglony. Kręcone złociste blond włosy wynurzały się spod welonu, ponętnie opadając na ramiona. Była bardzo ładna, a do tego… Przełknąłem ślinę… Doskonale utrwalił mi się obraz jej kształtnej dupeczki z wypukłymi pośladeczkami, którą widziałem jeszcze przed chwilą, nim ciocia na mój widok pospiesznie spuściła na dół swoją suknię. Zdążyłem też wtedy zauważyć na jej lewym pośladku czarny tatuaż, jakiego bardziej bym się spodziewał po aktorce porno, a nie po siostrze mojej rodzonej matki.
– Wojtek! – odezwała się znowu, przybierając tym razem napominający wyraz twarzy. – O tym, co przed chwilą widziałeś, nikomu ani słowa! Pamiętaj!
Nadal nic nie odpowiedziałem. Uznając najwyraźniej moje milczenie za niechęć do współpracy, ciocia spojrzała na faceta w ciemnych okularach błagalnym wzrokiem. Ten zaraz zbliżył się do mnie parę kroków, szperając jednocześnie po kieszeniach, i wręczył mi banknot stuzłotowy.
– Weź go sobie, młody, dobra? I nic nie widziałeś, okej?
Chciałem już schować banknot – w końcu sto złoty piechotą nie chodzi – ale nagle przyszła mi do głowy diabelska myśl. Była dosyć szalona, lecz byłem w tej chwili tak nagrzany, że trudno mi było myśleć racjonalnie. Poza tym, musiałem spróbować.
– Nie chcę żadnych pieniędzy – powiedziałem kategorycznie, oddając zdumionemu kolesiowi papierek.
– Jeśli za mało, trzeba powiedzieć. Ile byś chciał? – zapytał, uznając najwyraźniej, że jestem po prostu zachłanny na większą ilość hajsu.
– Nie chcę ani złotówki – odparłem, po czym wlepiłem chciwe spojrzenie w postać zdziwionej cioci.
Ona od razu zrozumiała, co mi chodzi po głowie. Spodziewałem się, że się wścieknie, a przynajmniej jakoś speszy, ona jednak uśmiechnęła się z lubieżną satysfakcją. Roześmiała się. Był to już zupełnie inny głos niż ten, którym mówiła do mnie jeszcze przed chwilą.
– No, no, kto by pomyślał… Nasz Wojtuś stał się już dużym chłopcem i wie, czego chce. Zbliż się tu do mnie!
Podszedłem, a ona złapała mnie za rękę i przyłożyła ją sobie do ust, zlizując z moich palców resztki spermy. Następnie szybkim ruchem opuściła mi spodnie i przykucnęła, uważając jednak, by nie wybrudzić swojej nowiutkiej sukni o ziemię. Spojrzałem z pewną obawą na stojącego obok typa, ale on, ku mojemu zaskoczeniu, wyglądał na rozbawionego. Widać ani trochę nie przeszkadzało mu, że kobieta, którą dopiero co przeleciał, dobiera się właśnie do innego kutasa.
Ciocia Emila zręcznym ruchem wydobyła na wierzch moją sztywną pałę.
– Ho, ho! Co my tu mamy? Całkiem spory sprzęt, z tego co widzę… Tak samo jak twój tatuś – dodała po chwili, chichocząc.
Tak byłem podniecony, że nie zastanawiałem się nawet, co może oznaczać to ostatnie zdanie. Ciocia bez zwłoki wzięła mojego fiuta prosto do buzi, a ja, w tym samym momencie, jak w amoku chwyciłem ją rękami za tył głowy i przyciągnąłem do siebie. Poczułem, że mój kutas zanurza się jeszcze głębiej, aż do gardła. Było mi tak dobrze, że chyba tylko cudem udało mi się powstrzymać i nie wystrzelić od razu.
– Thylkho… uwaszhaj na… whelhon. Nnie phoghniećć gho… – wymamrotała ciocia niewyraźnie, nie wyciągając kutasa z buzi.
Zaczęła nad nim intensywnie pracować, to liżąc go, to znowu zanurzając go głębiej, to masując mi ręką nasadę. Nie był to dla mnie pierwszy raz; koleżanka ze szkoły obciągnęła mi kiedyś na jednej imprezie, gdy byliśmy już mocno narąbani, ale tamto doświadczenie absolutnie nie mogło się równać z tym. Po każdym, nawet najmniejszym ruchu ciocinych ust i wprawnej pracy jej malutkiego, zręcznego języczka, łatwo widać było ogromne doświadczenie. Zagryzłem wargę, czując iż zaraz dojdę. Chciałem zachować fason, więc nie jęknąłem ani nie sapnąłem, a tylko rzuciłem szybkie: „o, kurwa!” w chwili, gdy wielki ładunek gęstej spermy eksplodował u cioci w buzi.
Odetchnąłem głęboko, nieco zamroczony – jak zawsze po intensywnym orgazmie. Ona tymczasem elegancko wyczyściła całą moją pałkę z pozostałości nasienia.
– Ciociu… jesteś zajebista – szepnąłem bez ogródek.
– Lata praktyki – odparła ze śmiechem.
– Młody, pewnie tego nie wiesz, ale twoja ciotka jest najbardziej puszczalską dziwką, jaką znam – powiedział jej facet (teraz mój „poprzednik”), klepiąc mnie przyjacielsko po plecach. – Najbardziej lubi, żeby brać ją na ostro. Im bardziej nieodpowiednia sytuacja, tym mocniej jest napalona na seks.
– Brunoo~, starczy tego! – zawołała ciocia, ale po jej tonie głosu oczywistym było, iż jego słowa tak naprawdę ani trochę jej nie przeszkadzają.
Wstała, otrzepała suknię i poprawiła welon.
– To co, Wojtek, mogę liczyć na to, że nie wypaplasz, co żeś tu zobaczył?
– Ma się rozumieć, ciociu!
– Kochany jesteś! – dała mi mokrego całusa w policzek. – Aż mi się na ciebie ochota zrobiła. Kto wie, może jeszcze nadarzy się jakaś okazja… Może nawet całkiem niedługo…
Mrugając do mnie znacząco, dała znak swojemu facetowi i szybko się oddalili, zostawiając mnie samego pod tylnym murem kościoła. Mój mózg intensywnie pracował, usiłując rozszyfrować, co dokładnie oznaczały jej ostatnie słowa i ile to było „niedługo”… Czy mogłem liczyć na coś jeszcze na weselu?… Póki co nie miałem pojęcia. Ale gdy pomyślałem o cioci Emilii, której nie widziałem od dawna, uświadomiłem sobie, że ten jej Bruno miał całkowitą rację nazywając ją „puszczalską dziwką”. Znałem niepochlebną opinię reszty rodziny na temat panny młodej, ale mimo wszystko w życiu bym nie pomyślał, że będzie zdolna sprowadzić na ślub swojego kochanka i pieprzyć się z nim chwilę przed samą ceremonią (na dodatek w sukni i welonie!), tak blisko reszty rodziny, i to w takim miejscu! – w lasku za kościołem, w którym już niedługo będzie pewnie przysięgać wierność swojemu nowego mężowi. Chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, jak bardzo naganne to zachowanie, nie byłem w stanie powstrzymać podniecenia. Jarało mnie, jakie gnojstwo zrobiłem, spuszczając się w usta panny młodej na moment przed ślubem. Tkwiło w tym coś strasznie ekscytującego. I nadal miałem ochotę na więcej.
Czując, że czas nagli, bo msza pewnie zaraz się rozpocznie, czym prędzej ruszyłem w kierunku parkingu. Miałem silne przeczucie, że tego dnia wiele jeszcze się wydarzy. I nie pomyliłem się.

c.d.n.

1 thought on “Rodzinka na weselu, cz. 1 – Przed ślubem

Dodaj komentarz